Muzeum Stutthof; 82-110 Sztutowo ul. Muzealna 6; tel:+48552478353; 798418024 fax:+48552478358; email:stutthof@stutthof.org; NIP:5781036000;
Muzeum Stutthof; 82-110 Sztutowo ul. Muzealna 6; tel:+48552478353; 798418024 fax:+48552478358; email:stutthof@stutthof.org; NIP:5781036000;
Od 29 kwietnia 2010 r. studenci i pracownicy naukowi Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu realizują na terenie Muzeum Stutthof projekt badawczy pt. „Sztutowo czy Stutthof? Oswajanie krajobrazu kulturowego”. Zachęcamy do zapoznania się z blogiem uczestników projektu.
1 dzień PROJEKTU: 29 kwietnia 2010 r.
Przyjechaliśmy. Przez 10 dni będziemy mieszkać w Sztutowie, jeździć po okolicznych miejscowościach i będziemy próbowali dowiedzieć się czegoś o życiu tu i teraz, tu i kiedyś. Przyjechaliśmy realizować interdyscyplinarny projekt badawczy stworzony przez pracowników Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. My – wykładowcy i nasi najlepsi współpracownicy – studenci etnologii i archeologii stanowimy zgrany zespół. Punktem wspólnym dla naszych badań jest krajobraz, rozumiany jako fenomen zarówno kulturowy, społeczny, jak i fizyczny. Co to oznacza? Doświadczanie życia codziennego mieszkańców, słuchanie ich historii oraz umieszczanie tych opowieści i innych praktyk w przestrzeni.
Miejscem szczególnym dla naszych badań jest Muzeum Stutthof. Ten teren daje nam możliwość wykorzystania naszej naukowej wiedzy do udokumentowania i zinterpretowania jego współczesnego wizerunku i roli jaką pełni w świadomości lokalnej społeczności i szerzej pojętej pamięci zbiorowej. Miejsce to jest dla nas wyzwaniem – naukowym i osobistym. Ale przede wszystkim jest wspaniałą intelektualną przygodą, która za każdym razem rozpoczyna się od SPOTKANIA. Spotkania z człowiekiem i miejscem.
Anna Weronika Brzezińska
Małgorzata Wosińska
2 dzień PROJEKTU: 30 kwietnia 2010 r.
Pierwszy dzień poświęcony na oswojenie się z otoczeniem, które – trzeba przyznać – jest trudne i wymagające, zwłaszcza dla osoby, która po raz pierwszy ma okazję być na badaniach terenowych. I to w tak silnie oddziaływującym na człowieka miejscu. Miejscu, w którym będziemy spędzać większość naszego czasu przez najbliższe 10 dni. Szybkie oswojenie się z wagą i trudnością tego miejsca musi zatem nastąpić jak najszybciej. Przejście po terenie Muzeum Stutthof oraz innych, zapomnianych terenach byłego obozu razem z przewodnikiem dało niektórym z nas już pierwsze tematy do rozważań, nasunęły się pierwsze refleksje. Jedne głębsze, inne mniej, jednak wydaje mi się, że wszystkie równie ciekawe.
Moje osobiste spostrzeżenie wiąże się z samymi obiektami w Muzeum, oraz tym jak one są postrzegane, czy też dostrzegane przez zwiedzających. Tak jak byłym więźniom obozu po przyjeździe tutaj jednym z pierwszych obiektów jaki się rzucał w oczy była brama wejściowa, tak samo teraz nam, zwiedzającym, ten obiekt tuż po wejściu na teren Muzeum daje jasno znać, że znajdujemy się w wiadomym miejscu. Wielogodzinne, upokarzające stanie w grupie nawet kilku tysięcy więźniów tuż przed bramą czekających na swoją kolej do przyjęcia do obozu, sprawiło, że dla więźniów brama stała się miejscem przejścia, po którego przekroczeniu już nie było wątpliwości, że nie ma szans na powrót, że są skazani na coś, czego nawet nie byli sobie w stanie do końca wyobrazić.
Brama wejściowa stała się symbolem. Nie wiem, czy to poprzez dość charakterystyczną jej formę, czy z innego powodu. Nie ma jednak wątpliwości, że jest to najbardziej rozpoznawalny obiekt byłego obozu. Wizerunek wejścia do obozu pojawia się praktycznie wszędzie – na widokówkach ze Sztutowa, czy z samego Muzeum Stutthof, na okładkach publikacji dotyczących byłego obozu, w folderach turystycznych gminy, informacyjnych tablicach przy drodze… Podobnie jest z innymi tego typu obiektami w innych byłych obozach.
W ostatnim czasie w mediach głośno się zrobiło na temat kradzieży słynnego napisu znad wejścia do byłego obozu Auschwitz. Okazało się, że brama obozu w Oświęcimiu również ma duże znaczenie i emocjonalną wagę dla ludzi. Podobnie jak w Sztutowie, jest to element, obiekt, bardzo rozpoznawalny, wszędzie doskonale kojarzony. I nie jest to obiekt tak nieporównywalnie mocno obarczony ciężarem cierpienia tysięcy ludzi, jak krematorium czy komora gazowa. Wyraźnie to widać, gdy poobserwuje się ludzi zwiedzających były obóz. Nigdzie indziej, jak właśnie pod bramą wejściową robione są zdjęcia pamiątkowe. Przed aparatem na tle bramy pozują ojcowie z kilkumiesięcznymi dziećmi, wycieczki szkolne, rodziny… Nie raz byłem proszony o zrobienie zdjęcia osobom, „koniecznie na tle bramy”. W miejscu krematorium, przy szubienicy, czy komory gazowej, ludzie już mniej chętnie wyjmują aparat z pokrowca i robią zdjęcia, a tym bardziej nie robią sobie pamiątkowych fotografii świadczących o tym, że się tam było…
Mateusz Nowak
3 dzień PROJEKTU: 1 maja 2010 r.
Kolejny dzień naszych badań został poświęcony na wstępne zapoznanie się z mieszkańcami miejscowości. Z nimi będziemy prowadzić rozmowy dotyczące ich wspomnień związanych z początkiem zamieszkania danego miejsca. I tak na rowerach dotarliśmy do Przemysławia, Mikoszewa, Junoszyna, Popowa, Głobicy, Kobylej Kępy, Kątów Rybackich, Izbisk oraz Jantaru. Moja grupa w Jantarze spotkała się z przychylnym nastawieniem, osoby z którymi rozmawialiśmy pomimo tego, że na początku twierdzili, że mają nie wiele do powiedzenia, okazali się dla nas bardzo cennymi informatorami. Udało nam się spotkać z pięcioma osobami, które dotarły do tej miejscowości tuż po wojnie oraz dowiedzieliśmy się, że takich osób w Jantarze jest więcej. Pogoda nam dopisała, było bardzo słonecznie, dzięki temu nasi rozmówcy chętnie spędzali z nami czas na świeżym powietrzu, by odpowiedzieć na nasze pytania. Mi udało się porozmawiać z panią, która krótko po wojnie trafiła wraz ze swoją rodziną z Sandomierszczyzny do Stegny, a potem do Jantaru. Opowiadała mi jak tuż po wojnie pobliskie tereny zostały zalane przez wycofujące się wojska niemieckie. Na szczęście w niedługim czasie pola udało się osuszyć, aby były zdatne do uprawy, jednak początki były trudne, a nieudane plony oznaczały głód w rodzinie, aż do kolejnego sezonu zbiorów. Pani, z którą rozmawiałem opowiadała mi także o powiązaniu Jantaru z bursztynem. Miałem okazję spróbować po raz pierwszy długoletniej bursztynowej nalewki, zostałem obdarowany woreczkiem bursztynu, teraz mam w planach w domu zrobić swoją nalewkę. A ta jest podobno bardzo zdrowa:)
Mikołaj Kostyrko
Chwalcie z nami Panią Świata!
O nabożeństwach majowych odbywających się pod tutejszym przydrożnym krzyżem dowiedzieliśmy się z dwóch niezależnych źródeł. Pytanie kwestionariuszowe zawarte w arkuszu dotyczącym małej architektury sakralnej, które pojawiało się na wcześniejszych żuławskich rajdach badawczych jedynie w sferze deklaratywnej, dopiero teraz potwierdziło się społeczną praktyką, którą udało nam się zaobserwować. Dotyczyło ono sposobów wykorzystywania przydrożnych kapliczek i krzyży podczas świąt i procesji kościelnych.
O godzinie 19:00 pod junoszyńskim krzyżem zrobiło się tłoczno. Poznane tego dnia informatorki, posiłkowane swoimi dziećmi lub wnukami, punktualnie stawiły się na miejscu z książeczkami do nabożeństwa. Zaczęło się spokojnie i dość typowo – litanią do Najświętszej Marii Panny. Dalej poszło z górki – nadszedł czas na wiązankę majowych pieśni. „Chwalcie łąki umajone!” to jedyna jaką udało nam się zaśpiewać bez wpadek tekstowych, resztę przyszło nam mruczeć półgłosem. Potem nastąpiły modlitwy za zmarłych mieszkańców wsi i pasażerów rozbitego pod Smoleńskiem samolotu. Posypały się zdrowaśki i wieczne odpoczywania. Podczas modlitwy poglądy polityczne odeszły na dalszy plan – nie wypadało milczeć z powodu przekonań politycznych, chcąc jednocześnie zachować opinię i owocną, pozytywną relację z informatorkami. Posunięcie to okazało się intratne w dwóch wymiarach: pozwoliło zawiązać nowy kontakt i wracać do bazy najedzonym. Całe wydarzenie zostało nagrane, a na koniec udokumentowane zdjęciem zbiorowym. Warto było przyjechać, szczególnie ze względu na okazjonalność i małą powszechność tego typu społeczno-religijnej praktyki. Dlatego też, serdecznie zachęcamy ze skorzystania z zaproszenia naszych informatorek i zjawienia się na jednym z nabożeństw. Do końca wyjazdu można ich zaliczyć nawet dziesięć.
Po za tym po raz kolejny Święta Panienka czuwała nad nami w terenie objawiając pełnię swych łask w ten pogodny majowy dzień, pozwalając nam zdobyć nowe doświadczenia terenowe.
Mikołaj Smykowski
4 dzień PROJEKTU: 2 maja 2010 r.
Nauki społeczne, humanistyczne uchodzą zazwyczaj za takie, do których uprawiania wystarczy kartka papieru i długopis. Jednak nasze badania udowadniają, że takowy stereotyp dawno już zdezaktualizował się. Dziś etnolog czy archeolog na badaniach terenowych wykorzystuje wiele zdobyczy współczesnej techniki.
Już w procesie przygotowania badań często sięgamy do zasobów Internetu. Przeszukujemy blogi, fora, strony prowadzone przez pasjonatów interesującego nas regionu. Wyszukujemy na nich ciekawostki dotyczące terenu naszych przyszłych badań i po raz pierwszy stykamy się z terenem. Uzbrojeni w tę wiedzę ruszamy w teren, a tu bez zdobyczy techniki właściwie nie istniejemy.
Technologia, bez której nikt nie wyobraża sobie dziś prowadzenia badań to na pewno fotografia cyfrowa. Oczywiście wcześniej korzystano z tradycyjnej fotografii, ale chyba nie ma osoby, która nie zauważałaby oczywistych plusów aparatów cyfrowych. Dokumentacja naszych badań jest dzięki temu niemal natychmiast dostępna, a w swojej pracy nie jesteśmy ograniczeni wielkością kliszy fotograficznej, dzięki czemu zebrany materiał jest bardzo bogaty i pokazuje właściwie każdą chwilę naszych badań.
W pracy etnologa niezwykle istotna jest rejestracja rozmów, które prowadzimy z naszymi informatorami. Niegdyś jedyną metodą był zapis takiej rozmowy na kartce, czyli sposób niezbyt komfortowy i narażony na pominięcie szczegółów, których nie zdążyliśmy zapisać, a które przecież mogą okazać się istotne w późniejszej analizie. Dzięki dyktafonom, dziś najczęściej cyfrowym, mamy pewność, że żadne słowo naszego informatora nie zostanie zapomniane.
Oczywiście dyktafony, aparaty cyfrowe, aby w pełni wykorzystać ich możliwości wymagają komputera. Jest to tak oczywiste, że właściwie nikt nie zastanawia się na tym. Notebook niezbędny jest do pełnego wykorzystania możliwości aparatów, dyktafonów, ale również do opracowania gromadzonych przez nas materiałów. Dziś wszystkie zebrane materiały przybierają postać cyfrową, każdy dzień badań kończy się wieczornymi sesjami przy komputerach, do których wprowadzamy nasz całodzienny dorobek, przepisujemy wywiady, opisujemy zdjęcia, opracowujemy ankiety itd.
W końcu GPS. Narzędzie dość nowe dla etnologów, choć z całą pewnością przydatne w pracy. Poza tak oczywistymi zadaniami, jak pomoc w dotarciu do interesujących miejsc GPS daje także możliwość dokładnego określenia lokalizacji obiektów architektonicznych (m. in. obiektów małej architektury sakralnej), które stanowią nasz badawczy przedmiot zainteresowań. Również dla archeologii w jej nieinwazyjnej odmianie GPS jest dość istotnym narzędziem badawczym. Dziś dzięki tej technologii dokonywaliśmy pomiarów dawnego obozu. Z tych danych utworzony zostanie wirtualny model obozu, który pomoże opisać jak wyglądał i jak funkcjonował on w czasach drugiej wojny światowej.
Podsumowując, dziś humaniści chcą i potrafią wykorzystywać zdobycze techniki, co więcej bez nich nasze badania byłyby z całą pewnością uboższe, a co równie ważne po prostu trudniejsze w realizacji.
Bartosz Stańda
To nasz czwarty dzień na Żuławach. Sztutowo wydaje się być już jakieś bardziej znajome i oswojone. Małe uliczki prowadzą nas do ludzi, którzy dzielą tutaj swoje życiowe troski i radości. Ludzie Ci są bardzo różni, przeważnie otwarci na rozmowę, czasem trochę bojący się zaufać, niekiedy ciekawi dlaczego właśnie do nich przyszliśmy. W starym domku między morzem, lasem i byłym obozem wśród zapachu gotującej się zupy i przy dźwiękach telewizyjnego teleturnieju w małym pudełku wypełnionym po brzegi zdjęciami znajdujemy przeszłość. Czarno-białe fotografie przechodzą z rąk do rąk. Ręce te są bardzo różne, młode i zadbane, są te pracujące na wykopaliskach i te uprawiające rolę, jedne jeszcze maleńkie – dziecięce, inne pomarszczone i schorowane. Twarze ze zdjęć wpatrują się uporczywie w każdego kto ośmieli się na nie spojrzeć, ale nic nie mówią...W ich imieniu wypowiada się starsze małżeństwo. Jak sami mówią przeżyli dużo, ich sąsiadami tu w Sztutowie byli Niemcy, Polacy, Rosjanie. Była bieda, była gromadka dzieci, dla których trzeba było strugać z drewna zabawki, był też rower, który kiedyś służył Niemcom pracującym w obozie koncentracyjnym. Takie życie. Dziś już jest całkiem inaczej, spokojnie... prawnuki stoją koło stołu i pytają "A to kto, babciu?", "A to kto..?" a my razem z nimi powtarzamy w myśli "A kto to?", "Ale jak to?", "Ale dlaczego?".
Zaskakujące jest to niedzielne przedpołudnie. Wsłuchując się w opowiadane historie tak ciężko zrozumieć je wszystkie, choć zarazem tak mocno się w nie wierzy. W chaosie informacji, które próbuję zapamiętać pojawia się myśl o moich rozmówcach, o ludziach uwikłanych w wielkie wydarzenia polityczne, przywiązanych do miejsca, w którym żyją, osobach, którym zmieniano obywatelstwo, a które dalej są dla siebie tylko sobą. Rozmowa z nimi taka zwykła i niezwykła tak mocno każe pamiętać jak niezwykli są Ci zwykli ludzie, których często mijamy bez słów i tyle tracimy... i tyle nie wiem...i tyle nie potrafimy zrozumieć Innego.
Tomasz Michalik
5 dzień PROJEKTU: 3 maja 2010 r.
Muzeum jest miejscem odwiedzanym codziennie przez dość liczną grupę turystów. Pomimo, że jak dotąd spędziliśmy tu stosunkowo mało czasu, zaobserwowaliśmy, że w niektóre dni, jak na przykład teraz, w majowy weekend, odwiedzających jest więcej, natomiast w dni zwykłe ludzi jest trochę mniej. Jacy to są ludzie i dlaczego znaleźli się w takim miejscu? To nie jest muzeum, które można odwiedzić w niedzielne popołudnie, dla umilenia sobie czasu i spędzenia go w gronie rodziny, dlaczego więc tak wiele osób, w świąteczne, wolne dni tutaj przybywa? Można by więc przypuszczać, że każdy zwiedzający przychodzi tu świadomie, z własnego wyboru, z wcześniejszym nastawieniem i przygotowaniem, bo to miejsce nie należy do łatwych.
Siedząc na ławce przy wyjściu i trzymając w ręku ankiety w oczekiwaniu na zwiedzających byłam ciekawa co będą odpowiadać pytane przeze mnie osoby i czy w ogóle będą chciały ze mną rozmawiać. Myślałam bowiem o sobie, o tym jak niedawno pierwszy raz byłam w takim miejscu i zastanawiałam się, czy miałabym ochotę i siły rozmawiać z jakimiś studentami i udzielać odpowiedzi na ich pytania. Jednak większość osób, poza tymi, które spieszyły się do samochodu lub autobusu były chętne do rozmowy ze mną. Zazwyczaj jednak był to przypadek, że tutaj się znaleźli. Jadąc samochodem nad morze, na weekendowy wypoczynek, z chłopakiem lub dziewczyną, zobaczyli tablicę z napisem „Muzeum” i stwierdzili, że może warto by zwiedzić. W większości bez problemu usłyszałam dość szybką odpowiedzieć na zadane przeze mnie pytanie, nie były to raczej osobiste refleksje, ale odpowiedzi dość konkretne. Chwilami, szczególnie pytając osoby w młodszym wieku, czasem nawet młodsze ode mnie, miałam wrażenie, że odpowiadają trochę jak w szkole na pytanie polonistki chcąc jak najbardziej prawidłowo skojarzyć słowa z pewnymi hasłami. Wyjątkiem był pewien starszy mężczyzna, z którym rozmowa wyglądała zupełnie inaczej niż z pozostałymi osobami. Był on bardzo poruszony, ale mimo to zgodził się odpowiedzieć na kilka pytań. Nie było to jednak tak proste jak w przypadku innych zwiedzających. Mężczyzna ten nie był tu przypadkowo. Był to jedyny cel jego podróży, chciał zobaczyć miejsce, w którym w czasie wojny przebywał jego kuzyn. Chciało się z tym człowiekiem nie tyle porozmawiać co pomilczeć. Pomilczeć chwilę, bo przecież nie ma odpowiednich słów żeby wyrazić to wszystko co było, to co pozostało. Trudno to pojąć i opisać. Dlatego tez ten pan nie potrafił zwięźle i konkretnie odpowiedzieć na pytania, a na skojarzenia ze słowami „obóz”, „zagłada”, „ludobójstwo” użył tylko słowa „męczeństwo”, „nieludzkie męczeństwo”.
Joanna Bleja
6 dzień PROJEKTU: 4 maja 2010 r.
Te badania są nieprzewidywalne. Nigdy nie wiadomo co przyniesie dzień. Często to kwestia przypadku. Wczoraj nie zrobiliśmy ani kroku na przód z powodu deszczu, dziś zaś udało się całkiem sporo. W Kątach Rybackich ustaliliśmy proweniencje tamtejszego krzyża. Powstał około 1958 roku i ufundowali go mieszkańcy wioski, jego renowacja obyła się w roku 1990. Był to pierwszy krzyż w Kątach. Wcześniej (tj. przed 1945) mieszkali tu ewangelicy, którzy krzyża nie potrzebowali. Wszystkie nasze ustalenia opierają się na tym, co powiedzą nam nasi informatorzy. Jest to niby proste, ale wszystko zależy od nastawienia ludzi. Nie każdy chce mówić, nie każdy zgadza się na nagrywanie, nie wszyscy też zgadzają się na zdjęcia. Ale to tylko jedna z możliwych reakcji, równie częsta jak serdeczne przyjęcie. Już teraz część z nas korzystała z zaproszeń na obiad, czy piła ze swoimi informatorami kawę. To zawsze cieszy. Dziś udało nam się także dotrzeć do pana, który przechowuje od końca wojny tablice, że oto jest się już w Wolnym Mieście Gdańsk. Nieprawdopodobne, że takie rzeczy się zachowują. Od kogoś innego dowiedzieliśmy się jak Kąty wyglądały zaraz po wojnie. Wyprowadzający się Niemcy i przybywający z całej Polski ludzie na ich miejsce. Różnie to wyglądało, wszystkie postawy staramy się zrozumieć i rozumieć. To nie były łatwe czasy. Historie, z którymi przychodzi nam się dzisiaj mierzyć, również.
Tym bardziej dziękujemy za życzliwość.
Paweł Wita
Nasz pobyt tutaj to, oprócz badań ściśle związanych z goszczącym nas Muzeum Stutthof (czyli pracami archeologicznymi, ankietami z mieszkańcami Sztutowa, pracownikami muzeum i zwiedzającymi były obóz), również prace w tzw. terenie, w okolicznych wsiach. Niezbędnikiem, w który uzbroić się musi każdy badający, jest rower (najlepiej sprawny), dyktafon, zeszyt i długopis, ale przede wszystkim duża doza cierpliwości i samozaparcia, ponieważ nigdy nie wiadomo gdzie się trafi.
Wsie, które odwiedzamy są często jak ogień i woda, totalnie różne pod względem przestrzennym, jak i społecznym. Zdarza nam się przeżywać ciężkie chwile kiedy trafiamy do wsi, w której nam się wybitnie nie spodoba na pierwszy rzut oka. Czasem wynika to z rozplanowania budynków lub wyglądu architektury, innym razem z podejścia ludzi do nas, którzy bywają nieufni, kiedy ktoś obcy wypytuje o najdrobniejsze szczegóły i nie do końca wiadomo do czego chce ich użyć. Trudności z „wejściem w teren” spotęgowane przez tak trywialne rzeczy, jak próbujący podczas jazdy rowerem uchwycić w locie naszą łydkę okoliczny piesek, wiejący jakoś wiecznie w nieodpowiednią stronę wiatr utrudniający jazdę, pędzące tiry, czy brak sklepu w okolicy, potrafią porządnie zniechęcić nawet doświadczonych w badaniach terenowych studentów.
Jednak, jeśli nie poddać się ogarniającej coraz bardziej bezradności, teren w końcu się otwiera. Dziś trafiłam do wioski ze sklepem, w którym mogłam kupić coś co da kopa do dalszego pedałowania pośród wierzb i kanałów, ulubiony sok z przepowiednią pod kapselkiem, która zawsze trafnie odnosi się do sytuacji. Moja brzmiała „nic na siłę”. I rzeczywiście, nagle okazało się, że wioski w których mi wybitnie nie szło z jakiś powodów są jednak osiągalne i przyjazne. Wystarczyło tylko wyjechać z nich, nie zmuszać się do pracy akurat tam, a pojechać parę kilometrów dalej i spróbować na nowo w innej wsi. Nowe miejsce to nowa energia, nowe podejście i o dziwo zbierając informacje trafiam na mnóstwo dotyczących tych „znienawidzonych” miejscowości, które wydawały mi się tak zamknięte na mnie.
Jutro więc znowu ruszam w teren, właśnie do nich, ale tym razem wiem już jak je oswoić i jestem przekonana, że uda mi się przeprowadzić parę ciekawych i inspirujących do dalszej pracy rozmów. I już nawet deszcz i chłód mnie nie zraża.
Monika Różańska
7 dzień PROJEKTU: 5 maja 2010 r.
Jesteśmy już w połowie naszych badań. Dużo wywiadów już za nami, jednak przed nami kolejne i wciąż dostajemy nowe kontakty, do różnych informatorów. Tylko czy wystarczy nam czasu, żeby ze wszystkimi porozmawiać? Czeka na nas wiele bardzo ciekawych miejsc i interesujących osób. Czekają historie warte zapamiętania i zapisania, póki ostatni świadkowie powojennych wydarzeń związanych z Żuławami mogą nam cokolwiek opowiedzieć. Niesamowite jest jak każdy z nas związuje się z wioskami, w których odnajduje rozmówców. Każdego wieczoru, gdy wracamy w miejsce naszego noclegu każdy opowiada swoje wrażenia z terenu. Pojawiają się liczne anegdotki opowiedziane przez naszych informatorów, ale także smutne historie związane z ich życiem. Poza tym próbujemy poznać obraz współczesnego Sztutowa i sposób w jaki postrzegany jest przez mieszkańców. Jednak coraz ciężej znaleźć nam informatorów. Często trafiamy na ludzi, którzy już rozmawiali z jakimiś studentami. Mimo wszystko staramy się nie zrażać i codziennie ruszamy w teren z nadzieją, że uda nam się jednak kogoś znaleźć.
Jednak nasz wyjazd nie ogranicza się tylko do robienia wywiadów, ale także badań archeologicznych. Dzisiaj ruszył kolejny ich etap, podczas którego wykorzystujemy metodę geomagnetyczną. Badania obejmują obszar nowego obozu. Przez najbliższych kilka dni za pomocą magnetometru będziemy prowadzić prospekcję, poszukując śladów zabudowań obozowych. Dzięki anomaliom magnetycznym możemy zidentyfikować wiele pozostałości po byłym obozie, które znajdują się pod ziemią.
Katarzyna Rybarczyk
Ranek rozpoczęliśmy seansem filmowym w muzealnym kinie. Obejrzeliśmy wspólnie trzy filmy: „Ambulans” w reżyserii Janusza Morgensterna, film dokumentalny oparty o materiały komisji radzieckiej, która wkroczyła na teren obozu po jego wyzwoleniu oraz „Szubienice Stutthofu” – raport z procesu oprawców w Gdańsku. Zdecydowanie utkwił w pamięci pierwszy z nich, odznaczający się najsilniejszą specyfiką. Mnie osobiście przywołał na myśl postać Janusza Korczaka. Zrodziła się we mnie pewna niespokojna myśl, iż pewne symboliczne gesty takie jak np. zaplatanie warkoczyka czy zgubienie buta zawsze już będą kojarzyć mi się z rzeczywistością obozową, a szczególnie z KL Stutthof...
Nieustannie rodzą się w nas nowe refleksje. Pojawiają się nowe problemy badawcze, nowe pytania czekające na swoje odpowiedzi... Każdy dzień pracy w Sztutowie i okolicach przynosi nowe wyzwania, zarówno dla studentów archeologii, jak i etnologii. Nie brakuje nam jednak siły i ambicji, aby im sprostać. I mijający dzień był owocny. Część z nas zajęła się wywiadami dotyczącymi postaw mieszkańców Sztutowa, część wybrała się do przydzielonych nam wcześniej wiosek, gdzie spotkaliśmy się z osobami nieustannie fascynującymi nas swoimi opowieściami. Również archeolodzy nie próżnowali – doktoranci Marcin Michalski i Maksymilian Frąckowiak prowadzili badania w lesie okalającym były obóz z wykorzystaniem wykrywacza metali. Oznaka NSDAP, złota obrączka, guziki, butelki, amunicja, porcelana – to tylko niektóre z rzeczy przyniesione przez nich do Muzeum. Jak widać, pracy nie ubywa, praca wre.
Joanna Zaremba
8 dzień PROJEKTU: 6 maja 2010 r.
Pomimo deszczu i przenikającego wiatru dzisiejszy dzień poświęciłam na kontemplacje krajobrazu kulturowego Żuław. Wybrałam się kolejny raz do Mikoszewa, tym razem aby spłacić dług wdzięczności. Chcąc podziękować mojej rozmówczyni za fascynującą historię zdobyłam zdjęcia dzwonów, które z pewnych powodów były dla niej nie osiągalne. Na końcu stromych, zakurzonych schodów ujrzałam dwa dzwony z inskrypcjami w języku niemieckim. Po otwarciu okiennic moim oczom ukazała się panorama Mikoszewa: dróżki i ścieżki, którymi parę dni wcześniej szłam szukając przewodników w gąszczu skomplikowanych dziejów Żuław.
Wielu z nich kierowało swe myśli w kierunku Drewnicy oraz Żuławek, bogatych w unikatową zabudowę: domy podcieniowe, wiatrak, kościółki. Chciałam zobaczyć miejsca, o których wspominali z sentymentem, czasami ze łzami w oczach. Tak jak oni zachwyciłam się czymś trudnym do uchwycenia…
Właśnie zadzwonił budzik mojej sąsiadki z karimaty, to znak, że trzeba wstać na badania geofizyczne. Jestem świadkiem przedziwnego modowego spektaklu: w kaloszach, getrach, dresach i innych bez metalowych gałgankach ruszyliśmy w pole. Z trudem powstrzymywaliśmy drżenie naszych członków, skostniałymi dłońmi naciskaliśmy „Enter” w gradientometrze. Wizualizacja naszej pracy okazała się wystarczającą rekompensatą poniesionych trudów. W końcu archeolog to nie zawód, a charakter :D
Daria Ratajczak
Poprzednicy pisali dużo o warsztacie etnologa i archeologa, terenie, refleksjach z wywiadów, a ja o tym co nam najbliższe – opiszę więc nasze historie kuchenne.
Etnolog czy archeolog też człowiek – jeść musi. A czasem z tym trudno. Oczywiście posiadając status studenta takie specjały jak zupka z proszku czy chleb z pasztetem nie jest dla nas niczym nowym. Co dzień, rankiem, gdy budzimy się, pierwsze kroki kierujemy oczywiście do kuchni. A tam? Nic… No bo przecież po ostatnim wieczorze było by cudem, gdyby coś się uchowało. No, a jeśli już coś zostanie, to niewiele i niezbyt „śniadaniowe”, jak np. popcorn. I wtedy każdy każdemu wyżera, co może. W końcu dzielić się trzeba z bliźnim. Naszą lodówką jest przestrzeń między szybami. Z dwojga złego lepiej, że za oknem zimno, bo lodówka świetnie działa. Po wywiadach, po południu gromadnie udajemy się do supermarketu w kropki i solidnie zasilamy im kasy kupując serki, chleby, ogórki, zupki, parówki, czekoladę do smarowania itd. Wielkim ratunkiem dla naszych pustych żołądków są trzy zamówione obiady. Nie ma to jak ciepły posiłek, który regeneruje nasze siły! Szkoda tylko, że w naszym wygłodnieniu starcza na trzy godziny.
Ale nie dramatyzujmy. Każdego dnia jadąc na wywiady mamy szczere nadzieje, że któryś z informatorów patrząc na nas, biednych studentów, jeżdżących na rowerach, w zimnie i wietrze, zaprosi nas na jakąś strawę, wzmacniając nasze siły witalne. Niektórzy z nas pochłonęli u swych wspaniałych informatorów: żeberka z dzika, świeże, jeszcze ciepłe mleko od krowy, zupę pomidorową, ciasta i ciasteczka, pizze. Kawa czy herbata to prawie standard.
Ale to kropla w morzu potrzeb pracujących na wysokich obrotach młodych naukowców. Przesuwamy pasek o jedną dziurkę w prawo.
Agnieszka Skowron
9 dzień PROJEKTU: 7 maja 2010 r.
„Słońca blask, ptaków śpiew, złota plaża pośród drzew...”. Cytat z tej piosenki bardzo dobrze opisuje Sztutowo, w którym to dzielnie pracujemy już od tygodnia. Co prawda słońca blask ostatnimi dniami jest zjawiskiem raczej rzadko widzianym, ale reszta tekstu z pewnością się zgadza.
Jak każdego dnia i dziś od 7:00 zaczynają dzwonić pierwsze budziki, które budzą powszechną niechęć jeszcze starających się spać studentów... nikt natomiast nie wytrzymuje tego, który włącza się co 2 minuty przez 15 min, a który to właścicielka usłyszy jako ostatnia.
Mimo pogody i denerwujących budzików z każdym dniem Sztutowo i Żuławy zadziwiają mnie coraz bardziej. Zaczynam zakochiwać się w okolicznych, wolnych od turystów, wioskach i w przyrodzie, która daje niesamowite poczucie spokoju. Szczególnie zachwyciła mnie mała wieś – Chorążówka. Będąc w niej czułam się jak w domu i myślałam, że w tym miejscu chciałabym kiedyś żyć. Mieszkańcy tej wsi byli bardzo otwarci i, co nas zdziwiło, właściwie na nic nie narzekali. Niesamowicie cieszą mnie też ufne psy i koty, które witają nas w każdym gospodarstwie i chcą bawić się podczas całej rozmowy z informatorami.
Jako archeolog nie mogę zapominać o ważnej części tego projektu – badaniach geofizycznych. Bardzo podobało mi się owe głośne już „bezmetalowe” chodzenie z „tyczką”. Co zaskakujące, rytmiczne dreptanie ze sprzętem w ręce wychodziło mi całkiem dobrze. Jednak poza dobrą zabawą, wieczorne wyniki badań okazały się bardzo ciekawe i pokazały rzeczywisty sens projektu archeologicznego. Wtedy do nas dotarło, że mimo iż czasem wiele rzeczy wydaje nam się żmudnych i nużących mają one swój cel, który nadaje temu co robimy znaczenie.
Kornelia Kajda
Obserwacja. Selekcja. Pogoń. Pieszo. Rowerem. Na przełaj. Nieważne jak. Byleby szybciej. Byleby dopaść. A kogo? A informatora właśnie. Poznańskie wykształciuchy od kilku dni regularnie podchodzą pod rogatki Sztutowa, wkraczają na ulice, skwerki, sklepy, cukiernie, instytucje publiczne. Ba! Posesje prywatne! Wójt, ksiądz, pani sklepikowa, dyrektorka szkoły, przedszkola, kucharka, emerytka, rencista, pan z pieskiem, pani na rowerze. Wszyscy. W przeciągu kilku ostatnich dni Sztutowianie musieli się z nami zmierzyć. Cel jest jeden. Zdobyć informacje. Plan jest prosty. Podjechać. Odciąć drogę. Przekonać. Do siebie. Do rozmowy. W kilka sekund. Szybkie „dzień dobry”, szeroki uśmiech, podstawowe pytanie: Pan/i tu mieszka? Taaak....
I się zaczyna: bo badania, bo trzeba zaliczyć fakultet, bo biedni studenci, bo ważny projekt, bo będzie publikacja, bo to Sztutowo takie fajne. Gdy to nie działa, brniemy dalej: bo tak zimno, bo pada, bo wieje, a nikt nie chce rozmawiać, a jeszcze tyyyyyleee wywiadów do przeprowadzenia, sodomia i gomoria po prostu. Plisss, plisss, plisss. Wzrok shrekowego kota zmiękcza serca mieszkańców Sztutowa. A jacy są? Otwarci, cierpliwi, pomocni. Udzielają odpowiedzi, wplatają własne rozterki, żale, anegdoty, smutki i uśmiechy. Słuchamy, kiwamy, notujemy, nagrywamy. Przyjmujemy na klatę wszelkie etykietki: „rybko”, „pyro”, „kotuś”, „kochana”, „Tomusiu”, „pani” (do pana).
Z czasem przyjdą refleksje i wnioski, ale już teraz wiemy jakie jest Sztutowo. Chciałoby się rzec „wsi spokojna, wsi wesoła...”, lecz ten idylliczny obraz zakłócają problemy: brak stałej pracy, brak knajpy, brak „Biedronki” :), wysokie rachunki. Jednak nie chcą wyjeżdżać, bo jest tu ładnie i spokój. Za dwa dni zmykamy, więc będzie tu święty spokój...
Małgorzata Kulesza
10 dzień PROJEKTU: 8 maja 2010 r.
Sobota... Nastała nareszcie z dawna wyczekiwana zmiana pogody. Wychynęło zza chmur słonko i obdarzyło nas odrobiną upragnionego ciepełka. Oczywiście nadmorski klimat starał się jak mógł ochłodzić nasz entuzjazm to i tak można było pozbyć się kurtki i przemierzać Żuławy jedynie w ciepłym swetrze, a czasem i bez niego.
Dziś znów GISowaliśmy. Wspólnie z Łukaszem przedzieraliśmy się przez chaszcze. Potem dołączyła do nas mieszana grupa etno-archeo i z przenośną GISową bazą poszliśmy w teren. Mieliśmy okazję nieco pogrzebać w ziemi i zobaczyć, czym jest 'garbage archeology' czyli tzw. „poszukiwacze skarbów”, którzy zostawiają po sobie wiele fantów. SS-mańskie butelki, piersiówki, flakoniki, zastawa stołowa, ogromne kości jakiegoś zwierzęcia zjedzonego przez nich pewnie na obiad.
Po południu poszliśmy na spotkanie z byłymi więźniami obozu Stutthof. Kilkoro z naszej grupy miało okazję porozmawiać z prawdziwymi bohaterami tego spotkania. Udało nam się nawet z niektórymi umówić na dłuższą rozmowę po jutrzejszych uroczystościach, co bardzo cieszy obie strony. Ci ludzie mają ogromną potrzebę mówienia o tamtych strasznych wydarzeniach, o dzieleniu się swoimi wspomnieniami, które odtwarzają niemal fotograficznie.
Ciężko pisać o jednym tylko dniu...Tutaj wszystko się ze sobą łączy. Codziennie ekipy etno-archeo wsiadały na rowery i wyjeżdżały do swoich miejscowości. Wiele historii usłyszeliśmy, wiele osób spotkaliśmy. Niesamowite, że ludzie tak chętnie dzielili się z nami swoimi historiami. W Izbiskach mieliśmy okazję posiedzieć w domu podcieniowym... i nieźle zmoknąć. Powrót 20 km na rowerze w deszczu, z wiatrem w oczy – bezcenny. Mimo wszystko warto czasem tak zmoknąć, pokaszleć dzień później, żeby tych ludzi spotkać.
Tak naprawdę, wszyscy cieszą się swoim towarzystwem. Dobrze wiedzieć, że po całym dniu jeżdżenia i frustracji, że ludzie nie będą chcieli z nami porozmawiać, wejdziemy do kuchni i podzielimy się swoimi wrażeniami. Właśnie teraz też tutaj siedzimy. Lubię ten harmider, przekrzykiwanie się kto z kim rozmawiał, co usłyszał, gdzie dojechał. Cieszę się, że mogę spędzić ten czas z tymi ludźmi, w tym miejscu, uczyć się wszystkiego w praktyce. Jakby to powiedział Paweł Wita, „warto, naprawdę warto”.
Aniela Derpińska, Monika Krobska
11 dzień PROJEKTU: 9 maja 2010 r.
Ostatni dzień badań. Czujemy się trochę jak w piosence: „ta ostatnia niedziela, jutro się rozstaniemy”. Jest nam smutno, że tak krótko trwała nasza przygoda ze SPOTKANIEM i że opuszczamy: niezwykłych informatorów, fenomenalną ekipą muzealną (z psem Felkiem na czele), historię i przestrzeń – naznaczone już nie tylko dramatyczną narracją, ale i naszym uśmiechem, w końcu nasze własne towarzystwo (staliśmy się grupą przyjaciół, jakby nie patrzeć). Ale nagle podejmujemy decyzję: nie wolno nam poddać się nastojowi nostalgii – na nią przyjdzie jeszcze czas. Dziś musimy zakasać rękawy i choć jeszcze chwilę działać! Bo wiecie… niedziela 09.05.2010 roku to właściwie najważniejszy dzień naszego projektu – i mimo, że ostatni, to najpełniejszy i najdobitniej wskazujący cel badań. Tego dnia mają bowiem miejsce obchody 65. rocznicy wyzwolenia KL Stutthof, a ocalali z obozu więźniowie przyjeżdżają do Muzeum i swoją obecnością, słowami tworzą pomost pomiędzy przeszłością a teraźniejszością.
Chcecie się dowiedzieć co jest po drugiej stronie? To łatwe: wystarczy patrzeć, słuchać i pytać świadków historii. Stanęliśmy więc z tłumem uczestników obchodów pod pomnikiem o godzinie 10.30 rano i przenieśliśmy się na chwilę w czasie. Szukaliśmy odpowiedzi na pytania o charakter fizycznej i mentalnej przestrzeni KL Stutthof już nie tylko w literaturze i krajobrazie, ale także i w pamięci jej uczestników.
A student Paweł Wita osiągnął nawet więcej – na chwilę zmienił tożsamość etniczną (co dla etnologa oznacza chyba szczyt marzeń) i wraz z delegacją izraelską stawiał znicz pod pomnikiem. Dodajmy, ze odbyło się to na forum, publicznie i przed kamerami. Jak się „wkręcił”? Zapytajcie Pawła, znając go, chętnie opowie.
Małgorzata Wosińska
11 dzień - ZAKOŃCZENIE PROJEKTU: 10 maja 2010 r.
Po kilku godzinach snu, po małej imprezie pożegnalnej, po szybkim pakowaniu się i sprzątaniu, po pożegnaniach – wracamy. I trochę statystyki na koniec: 11 dni badań, kilkanaście miejscowości, ok. 100 historii rodzinnych, ponad 100 rozmów z mieszkańcami Sztutowa, 160 ankiet ze zwiedzającymi Muzeum, setki pomiarów, całkiem sporo znalezisk, niezliczone ilości kilometrów przejechanych rowerem i „na stopa”, bursztyny zebrane na nalewkę, książki zakupione w muzealnym sklepiku liczone już w kilogramach, tysiące zdjęć… Kilka strat: rozbity nos, przebita opona, spotkanie z kleszczem, kilka przeziębień, ukradziony rower (w pociągu do Poznania).
Każdy z nas zdał egzamin przede wszystkim przed samym sobą, a razem stworzyliśmy świetny zespół – grupę do zadań specjalnych. Opuszczamy Sztutowo w momencie, kiedy jeszcze jest cicho i spokojnie, tuż przed sezonem turystycznym, z nadzieją, że udało nam się poczuć klimat tego miejsca i choć odrobinę poznać i zrozumieć jego gościnnych mieszkańców.
Co w nas zostanie z tych badań? Ile z tego będziemy pamiętać? Ile zdołamy dalej opowiedzieć? Jak zostaniemy zapamiętani? Co zrobimy z powierzonymi nam tajemnicami dotyczącymi miejsca przechowywania bursztynowej komnaty? Jak się teraz przystosować do nowego rytmu dnia – pozbawionego porannego śpiewu ptaków, skrzypienia starej podłogi, bez konieczności codziennego opracowywania nowej trasy, bez codziennych rozmów i opowiadania sobie zasłyszanych ciekawostkach? Ile zdołaliśmy się dowiedzieć o naznaczonym krajobrazie, a ile dowiedzieliśmy się o nas samych? I wreszcie - kto zrozumie nasze specyficzne poczucie humoru i to, dlaczego tak się boimy „jodłowania”?
Anna Weronika Brzezińska